Laudacja dla laureata Nagrody Literacka Podróż Hestii 2026
Laudacja dla laureata Nagrody Literacka Podróż Hestii 2026
12 września 2026
Nagrodą Literacka Podróż Hestii 2026 wyróżniono książkę „Wylinka” Wita Szostaka, wydaną nakładem Powergraph, z ilustracjami Aleksandry Krzanowskiej. Konkursowa kapituła dokonała wyboru spośród 5 nominowanych książek, a werdykt ogłoszono 11 września br. podczas uroczystej gali w Sopocie.

Laudację dla Wita Szostaka wygłosiła członkini Kapituły Literackiej Podróży Hestii, Karolina Lewestam. Oto pełny tekst laudacji:
Większość z nas była dziećmi. Może nawet wszyscy, chociaż patrząc na niektórych, trudno stwierdzić, czy to na pewno prawda. Ale ci z nas, którzy dziećmi byli, pamiętają te dziwne chwile, które zatrzymują bicie serca; w których wszystko się zmienia.
Moja mama wyjechała na kilka miesięcy, kiedy byłam mała, zostawiając mnie w, krótko mówiąc i omijając detale, bardzo niesprzyjającym dziecku środowisku. Pamiętam kalendarz, który zrobiłam, żeby odliczać dni do jej powrotu; pamiętam samotne, potworne chwile w łóżku, w nocy, kiedy miałam wrażenie, że świat za ciemnym oknem całkiem rozpadnie się na kawałki, jeśli tylko pozwolę sobie się poruszyć, jeśli zbyt gwałtownie odetchnę. Miałam wrażenie, że ta jedna ja, przestraszona, musi wyjść ze mnie, odejść, żeby druga ja mogła zasnąć. To tu, dzisiaj, nie jest o mnie; mówię o tym, bo ale chcę powiedzieć, co zrobiła dla mnie książka Wita Szostaka, „Wylinka”.
„Wylinka” nie jest jedną z tych książek dla starszych dzieci, które czyta się, żeby zapomnieć, żeby zniknąć w zupełnie innym świecie, do którego trafia się ścieżką fabuły pisanej w stylu amerykańskich scenariuszy, na końcu której wszystkie strzelby zawieszone na ścianie w pierwszym akcie strzelają salwami w ostatnim. Te światy są najczęściej pełne smoków, elfów i turniejów na śmierć i życie. To światy wystrojone dziwnością, ale tak naprawdę zbudowane tak, by czytelnik lub czytelniczka czuli się w nich jak w domu, w lepszym, fajniejszym, ciekawszym domu.
„Wylinka” jest odwrotnością tego zabiegu: świat w niej wygląda na zwyczajny; nie ma tam nawet jednego smoka. Za to ta zwyczajność jest niekomfortowa, trudna, najeżona dziwnościami; chciałoby się stąpać ostrożniej, rozglądając się na boki. Klara budzi się w swojej własnej, zwykłej przestrzeni, która dopiero powoli odkrywa swoje niepokojące oblicze. Dzieje się to w idealnie odmierzonym tempie, bez nagłych skoków historii, bez niepotrzebnych drgań. Autor prowadzi nas, wraz z bohaterami, powoli, drogą oznaczoną białymi kamykami, po tajemnicy niepełnego świata.
„Wylinka” jest jak obraz narysowany niewidzialnym atramentem, który czytelnik przesuwa nad świeczką, obserwując jak od ciepła pojawiają się kolejne elementy. Musi uzbroić się w cierpliwość – ześlizgnie mu się uwaga, oddali kartkę od ognia, obraz się nie pojawi; zniecierpliwi się, a kartka się spali. Może rodzice nas zostawili? – szukają odpowiedzi dzieci. – Może jesteśmy cieniami? – Może już nie żyjemy?
I kiedy Klarze przychodzi wreszcie do głowy właściwa odpowiedź, poczułam się tak, jakbym zawsze czekała na tę metaforę. Klara i Janek są tą Karoliną, którą musiałam odrzucić, żeby wtedy zasnąć. Negocjacje, w które wikła się nasza psychika w procesie wykuwania naszej tożsamości niesie ze sobą ofiary; tak kiedyś myślałam. A teraz wiem, że to nie są ofiary – to dzieci, to osoby, które zostawiamy za sobą, żeby móc iść dalej. I teraz już wiem, co zrobię, kiedyś, kiedy będę już całkiem stara. Przejdę z powrotem całą swoją drogę i nagle będą mogła je zobaczyć, jak białe kamyki; i pozbieram je wszystkie. I wtedy staniemy się jednym, ja i tamta Karolina, i wiele innych – bo wtedy – tak sobie marzę – będę mogła unieść wszystko.
Ogromnie gratuluję Witowi Szostakowi – i „Wylince”. To książka, która ma szansę pozostać w kanonie literatury dziecięcej na zawsze.
